Spalenie wozu transmisyjnego TVN24 w Święto Niepodległości w Warszawie może być wskazówką na to, że klasyczne mass-media przestały istnieć, tylko dotąd nikt tego nie zauważył. Czy król nie jest nagi?

Prowadzę na sobie eksperyment socjologiczny: odciąłem się od mediów staroświeckich: nie oglądam TV, nie słucham radia, a papierowe gazety kupuję tylko wtedy, gdy piszą o mnie. Za to stale korzystam z mediów współczesnych: co chwilę zaglądam do Facebooka i co jakiś czas na Twittera oraz tam, gdzie zaprowadzą mnie linki wrzucane przez moich znajomych.

Wśród znajomych i subskrybowanych mam kilkudziesięciu dziennikarzy i drugie tyle byłych dziennikarzy, a także wiele osób zaangażowanych społecznie i politycznie po różnych stronach. Ludzie ci donoszą na bieżąco o rzeczach, które ich poruszają, podsyłają zdjęcia, które zrobili czy filmy (z YouTube), które warto obejrzeć. Daje mi to bieżący obraz tego, co się dzieje w świecie - o czym donoszą agencje informacyjne i czym żyją zwykli ludzie.

Odkąd na Facebooku każdy może subskrybować (prawie) każdego, powyższy akapit można pisać bez żadnego cienia wyższości: każdy tak może mieć, jeśli tylko chce.

Ludzie zaopatrzeni w telefony komórkowe (mogące nagrywać filmy w jakości lepszej niż telewizyjna) są wszędzie. Są też na żywo podłączeni do Facebooka, Twittera itd. Piszą szybko, bo robią to swobodnie i w każdej chwili mogą poprawić lub doprecyzować. W ich relacjach nie ma więc żadnych opóźnień. Nie muszą dojechać na miejsce zdarzenia, bo już tam są. Jest ich wielu - więc ogarniają wszelkie możliwe punkty widzenia.

W porównaniu z nimi oficjalne kanały "koncernów medialnych" są nudne. Warto je jednak subskrybować, bo dzięki nim człowiek może być tym pierwszym, który coś zauważył i podesłał znajomym (mówiąc po facebookowemu: "polubił").

W takim świecie telewizja (także radio, prasa i portale informacyjne) przestają być medium. One w niczym nie mediują. Same stają się elementem obserwowanego świata - takim, jak pogoda za oknem. Ludzie donoszą że gdzieś spadł śnieg, że "Gazeta Wyborcza" czy "Rzeczpospolita" o czymś napisały, że TVN coś pokazał, a w radio ktoś coś głupiego powiedział.

Prasa nie jest już od dawna "medium masowym". Największa polska gazeta, "Fakt", sprzedaje się dziennie w nakładzie 400 tys. egzemplarzy, czyli mniejszym niż liczba głosów oddana na Janusza Korwina-Mikke w ostatnich wyborach prezydenckich. Drugą z kolei "Gazetę Wyborczą" kupuje przeciętnie jeden na 140 mieszkańców Polski. Tak, nie przesłyszeli się Państwo: na każde 10.000 osób przypada około 70 sprzedanych egzemplarzy "Gazety Wyborczej" oraz 200 egzemplarzy innych gazet z pierwszej piątki największych tytułów.

Tak więc kiedy ktoś mówi, że "Gazeta Wyborcza" podjudza, zachęca lub kształtuje negatywny wizerunek, musi pamiętać, że owa "Gazeta Wyborcza" w formie papierowej dociera jedynie do bardzo drobnego wycinka polskiego społeczeństwa: do czytelników "Gazety Wyborczej". Zaś czytelnicy "Gazety Wyborczej" kupują ją właśnie dlatego, że pisze ona to, co pisze i tak jak pisze. Byliby zawiedzeni, gdyby pisała inaczej. Nie bardzo więc można tu mówić o podjudzaniu, raczej o utwierdzaniu przekonanych w ich własnych przekonaniach.

Telewizje mają ok. 10-krotnie lepiej. Jeszcze...  Porównując oglądalność głównych serwisów infromacyjnych do liczby mieszkańców Polski (poza niemowlętami) dowiadujemy się, że Fakty na TVN oglądane były w październiku 2011 przez 11,6% Polaków, zaś dwa lata temu przez 12,7%. Wiadomości w TVP dwa lata temu oglądało 12,5% a teraz tylko 11,3%. Pozostałe w październiku 2011 (czyli w miesiącu wyborów parlamentarnych) oglądało mniej niż 10% mieszkańców Polski.

Znalazłem analogiczne wyniki dla pierwszej połowy grudnia 2005: Fakty TVN miał wtedy dokładnie taki zasięg jak teraz: 11,6%. Nie były jednak na pierwszym miejscu: na pierwszym miejscu były wtedy Wiadomości z TVP1, które oglądało aż 15,4% ludności Polski. Gdyby trend ten utrzymał się liniowo i oglądalność najpopularniejszego programu informacyjnego w polskiej telewizji nadal spadała tak, jak między rokiem 2005 a rokiem 2011, to do zera spadnie około roku 2030. Czyli do końca telewizji informacyjnejzostało mniej czasu, niż minęło od końca komunizmu w roku 1989. Jeśli nawet agonia potrwa dwa razy dłużej - jedno jest pewne: stanie się to na pewno za życia mojego pokolenia.

Z tej perspektywy uważnie obserwowałem warszawskie wydarzenia 11 listopada. Siedząc bezpiecznie w moim domu w Krakowie, nie mając telewizora, patrzyłem jak ludzie masowo komentują Marsz Niepodległości i relacje telewizyjne. Z mojej perspektywy zarówno sam Marsz, jak i relacje telewizyjne, były wydarzeniami równie odległymi - jedne i drugie znałem wyłącznie z drugiej ręki. Widziałem na Facebooku i YouTube filmy kręcone na żywo przez uczestników Marszu i widziałem na Facebooku i YouTube filmy nagrane z telewizora, pokazujące jak go relacjonowano. Czytałem na Facebooku relacje uczestników pochodu i zamieszek i czytałem podrzucone tam artykuły prasowe, relacjonujące w prasie pochód i zamieszki.

Skoro i Marsz, i relacje telewizyjne znam z tego samego Internetu, stały się dla mnie równorzędne. Skoro relacje na żywo widziałem najpierw, były w stanie "narzucić mi swoją narrację". W tej konfrontacji dziennikarze telewizyjni nie mają szans: muszą być mniej wiarygodni. To nie Smoleńsk, gdzie informację można było limitować: tu wszystko widać jak na dłoni i każdy dysonans między tym, co widziałem w kamerach świadków naocznych, a tym, co widziałem w relacjach z relacji dziennikarskich, musi wyjść na niekorzyść dziennikarzy.

Zdaję sobie sprawę, że tak jak w opiniach uczestników Marszu Niepodległości relacje telewizyjne pokazywały tylko jego margines, czyli ekscesy, tak samo te relacje telewizyjne, które widziałem (jak komentarz w TVN, że hasłem nawołującym do przemocy było przede wszystkim "Bóg, Honor, Ojczyzna") też musiały być marginesem. Ale trudno - teraz "wszyscy jadą na jednym wózku".

Z perspektywy "człowieka Internetu" dziennikarze starych mediów stali się kolejną małą grupką demonstrantów wyrażających własne opinie. Łapię się jeszcze na tym, że chciałem napisać "wyrażających je do mikrofonu w przeciwieństwie do demonstrantów używających megafonów  i własnych gardeł", ale to nieprawda: oni są nagrywani przez te same mikrofony telefonów komórkowych i kamer internetowych i wrzucani na tego samego YouTube'a, co wszyscy inni.

A kiedy media przestaną być mediami, to czym będą? Niczym? A może one już umarły, i to co widzimy, to tylko zombie?