Znowu wszyscy mówią o e-podręcznikach, których nie trzeba dźwigać do szkoły. Mówi min. Hall (projektując rozporządzenie nakazujące wydawcom ich tworzenie równolegle z papierowymi), pisze Wyborcza w dzisiejszym wywiadzie z Jarosławem Lipszycem. A to przecież fikcja: elektroniczne podręczniki wyprą papierowe dopiero po śmierci ostatniego nauczyciela.

Wszyscy, którzy zdawali egzamin magisterski (zwany szumnie "obroną") lub bronili doktorat (albo byli obecni na publicznej obronie pracy doktorskiej) znają ten relikt średniowiecznych debat. Relikt wciąż żywy, choć zupełnie oderwany od korzeni. To doskonały przykład, który pokaże nam, gdzie szukać przyszłości dla elektronicznych (komputerowych, internetowych itd.) form nauczania w przyszłości.

W średniowiecznej nauce debaty były proste. Inaczej niż w dzisiejszych naukach humanistycznych, cała średniowieczna nauka oparta była na logice i operowała wspólnym systemem pojęciowym. Można było żyć w skrajnej niezgodzie co do poglądów, ale to nie przeszkadzało w prowadzeniu dyskusji. Znamy z historii przypadki, gdy do miasta przyjeżdżał mędrzec i w publicznej debacie przekonywał (pokonywał) siedemdziesięciu lokalnych mędrców. Czy dlatego, że krzyczał głośniej? Nie - po prostu miał silniejsze argumenty i był w stanie obalić argumenty przeciwników. W tamtych czasach nie przychodziło ludziom do głowy, że każdy ma "własną prawdę" - prawda była jedna i jeśli jeden oponent miał rację, to drugi automatycznie jej nie miał.

Oczywiście, nie było "albo ty, albo ja" - to nie był ring bokserski. Kwitła za to na ogromną skalę umiejętność uzgadniania poglądów i wykazywania, że sprzeczności między nimi są pozorne. Doskonałym przykładem czegoś takiego jest np. Summa Teologiczna Św. Tomasza z Akwinu, który w tym ogromnym dziele pokazuje, że wszyscy wcześniejsi teologowie katoliccy i filozofowie starożytni mówili jednym głosem i zgadzali się ze sobą, nawet jeżeli oni sami o tym nie wiedzieli.

To, co dzisiaj widzimy na "publicznych obronach" jest zakonserwowaną w formalinie, zrytualizowaną postacią średniowiecznych debat. Kukłą, w której nie ma już ani śladu życia, w której wszystko jest ustawione, argumenty znane już wcześniej przeciwnym stronom, w której wszystko jest zazwyczaj wyreżyserowane, a strony mają się zachowywać tak, by widzowie mieli swoje przedstawienie. W dobrych teatrach aktorzy potrafią dobrze odgrywać także rolę "czarnego charakteru", dlatego np. dobry recenzent zawsze znajdzie dużo uchybień w recenzowanej pracy, aby nie można mu było zarzucić stronniczości. Ale jednocześnie takie uchybienia dobrane są w ten sposób, by zarzuty nie dotykały sedna atakowanej (i bronionej) tezy, żeby nie można się było od nich wybronić. Z drugiej strony broniący słysząc liczne lecz nieistotne zarzuty zawsze może teatralnie okazać swą niższość od recenzenta (tu kłaniają się ewolucyjne mechanizmy budowania hierarchii społecznej), podziękować mu za wytnikęcie słusznych uchybień i obiecać, że w ostatecznej wersji zostaną one naprawione.

Po takiej "debacie" wszyscy sobie gratulują i idą wspólnie na przyjęcie... Czy debata taka kogokolwiek przekonała, pomogła zbliżyć do prawdy - jednym słowem zrealizowała cel stawiany przed oryginalnymi, średniowiecznymi debatami? Oczywiście nie! A jednak trwają...

Dokładnie tak samo będzie z podręcznikami, przekonają się Państwo. Podręcznik to brat-bliźniak lekcji czyli wykładu. W czasach, gdy tworzyło się współczesne szkolnictwo (tj. w średniowieczu) podręcznik był jeden i miał go wykładający magister. Uczniowie (studenci) nie mieli do niego dostępu, więc musieli pokornie słuchać, co wykładowca/nauczyciel ma im do powiedzenia.

Kiedy druk się pojawił, a potem drastycznie potaniał, podręczniki się rozmnożyły i dzisiaj każdy uczeń ma dostęp do tych samych materiałów, do których ma dostęp nauczyciel.

I czy cokolwiek się zmieniło w prowadzeniu lekcji? Nie. A jeśli zmieniło się, to na gorsze. Średniowieczne wykłady odbywały się w małym gronie i często były rozmową osobistą. Dzisiaj, gdy podręczniki są standardowe, a w klasach 20-30 uczniów, ta forma nauczania jest parodią formy oryginalnej: nie dość, że nauczyciel przestał być potrzebny (bo podręczniki mają już wszyscy), to w dodatku jemu nie wolno stać się potrzebnym (bo musi nauczać tego, co jest w podręcznikach zatwierdzonych przez władze oświatowe).

Tak więc gdybyśmy mieli naprawdę dobre podręczniki, wszystkich nauczycieli należałoby zwolnić. A lobby nauczycielskie na to nie pozwoli.

Zatem podręczniki będą nadal trwać w swojej tradycyjnej formie, bo tylko wtedy nauczyciele są choć trochę potrzebni.