Widmo krąży nad Europą: widmo zmiany paradygmatu "praw autorskich" i "własności intelektualnej". Już nawet minister sprawiedliwości Unii Europejskiej (komisarz V. Reding) mówi, że trzeba to przemyśleć od nowa. Do roboty zatem: dziś cała Europa patrzy na Polskę (a z pewnością Niemcy i Węgrzy).

Choć litera prawa autorskiego mówiła co innego (mówiło się o licencjach, udostępnianiu, korzystaniu itd.), w praktyce traktowano prawo autorskie jako rzecz - coś co można komuś ukraść, zabrać, sprzedać lub wypożyczyć. Celowali w tym zwłaszcza reprezentanci koncernów medialnych, prowadzący kampanie reklamowe wbijające ludziom do głowy że "piractwo" to "kradzież".

W dzisiejszym świecie, gdy Internet nie jest już siecią kabli, którymi przesyła się pliki, ale społecznością, musimy przesunąć akcent z tego co się przekazuje na samą czynność przekazywania.

W dzisiejszym Internecie, gdy coraz częściej autor komunikuje się się z odbiorcami nie biernie (wystawiając stronę i czekając aż ją Google znajdzie), ale czynnie (rozmawiając z odbiorcami w mediach społecznościowych, na Facebooku, Twitterze itp.) autor nie jest już jednostronnym nadawcą, schowanym po drugiej stronie kineskopu albo osłoniętym przez koncern wydawniczy - ale jest jednym z nas. Jest primus inter pares, pierwszym wśród takich samych jak on.

Dzisiejsza twórczość, to nie jest egzemplarz książki, którą fizycznie wręczam komuś, biorąc za to pieniądze. W dzisiejszej twórczości autor udostępnia innym swoje dzieło, które istnieje wyłącznie w świecie idei. Mówi: "spójrzcie, jaki to ciekawy obraz, ciekawa opowieść, emocjonujące odkrycia". Ale ich nie oddaje. Ma je nadal. Odbiorcy nie biorą ich do siebie, nie przejmują na własność, ale raczej kontemplują tak, jak się kontempluje obraz w muzeum czy piękno przyrody.

Gdy twórca udostęni swój utwór, jego odbiorcy udostępniają go dalej. Twórca jest tylko pierwszym udostępniającym w długim łańcuchu. I to jest zupełnie naturalne - to jest dobre! Jeżeli jestem artystą, twórcą, producentem baz danych itp. to ja chcę, by moim dziełem cieszyła się jak największa liczba osób. Oczywiście, że nie jestem w stanie dotrzeć do wszystkich: mój utwór będą sobie polecali nawzajem moi znajomi, potem znajomi znajomych itd. Będzie się rozchodził jak wirus.

No dobrze - a gdzie tu pieniądze?

Godzien jest robotnik zapłaty swojej, jak pisze Pismo. Twórca powinien zostać wynagrodzony. A jeżeli stworzy coś wielkiego, to dla jego dzieci i wnuków też powinno coś z tego zostać. Jednak ta zapłata to nie jest cena za utwór. To jest raczej podatek na rzecz autora. Stypendium fundowane autorowi przez wdzięcznych odbiorców. Może nawet renta dla wdowy i sierot po tym wspaniałym artyście.

Dlatego nie mówmy o "kradzieży utworów". Mówmy o "niewdzięczności". Tzw. "pirat" nie jest nieuczciwy dlatego że wziął coś, co nie należy do niego. "Pirat" jest nieuczciwy dlatego, że nie okazał wdzięczności autorowi za jego pracę czy błysk geniuszu, którym się zechciał z nami podzielić.

Inaczej mówiąc: to nie jest źle, że "pirat" obejrzał film czy przeczytał e-booka. Bardzo dobrze że to zrobił. Przecież po to zostały napisane, nakręcone, zaśpiewane te utwory, by wszyscy je oglądali, słuchali i czytali. Złe jest to, że pirat nie odwdzięczył się, choć mu się to podobało.

W tę perspektywę wpisują się znakomicie ruchy open source czy creative commons: w tych środowiskach odbiorca nie płaci za korzystanie pieniędzmi, ale płaci własną pracą i zaangażowaniem. I to wystarczy, aż nadto!

Z tej perspektywy znakomicie można zrozumieć, że ktoś ogląda film w wersji "pirackiej", a potem odpłaca autorowi kupując gadżety związane z tym filmem. To zupełnie wystarczy!

W Internecie jest łatwiej

Powyższą propozycję trudno było przyjąć w czasach nośników materialnych: książek i płyt. Ale dzisiaj, gdy autor udostępnia utwór w postaci dynamicznej strony WWW lub streamingu audio/video jego osobista więź z utworem jest dużo mocniejsza.

Gdy o mojej bazie genealogicznej mówią ze sobą znajomi znajomych moich znajomych, to nadal ja mam nad nią kontrolę. Gdy odkryję, że ktoś udostępnił swoje hasło zbyt wielu swoim znajomym, potrafię zareagować, nie jestem bezbronny. Jeśli nawet zdarzy się trochę osób nieuczciwych, to tych uczciwych, którzy wdzięcznie przedłużają abonament na kolejny rok, będzie wystarczająco wielu, bym chciał dalej dla nich tworzyć.

Gdybym był muzykiem i ktoś "spiracił" moją piosenkę, to nadal ten "pirat" może przyjść na mój koncert i zapłacić za bilet. Po prostu trzeba przełożyć akcenty: to nie koncert promuje płytę, ale piosenki na YouTube promują trasę koncertową... To nie spotkania autorskie promują moje książki, ale moje ebooki promują mnie, jako osobę, której można zapłacić za gościnny wykład...

Nie trzeba rewolucji, wystarczy dopisać kilka paragrafów

Tym, czego brakuje w obecnym systemie prawa autorskiego, jest usankcjonowanie zapłaty po kontakcie z utworem.

Dzisiaj sprzedając książkę muszę wystawić paragon fiskalny w momencie jej przekazania. Dzisiaj przyjmując dobrowolne datki od wdzięcznych czytelników nie wiem, jak je zaksięgować - czy to darowizna, czy może sprzedaż jakiejś fikcyjnej usługi? Czy mam zapłacić podatek od spadków i darowizn czy VAT? A może w ogóle jest to zbiórka publiczna, na którą trzeba mieć osobistą zgodę ministra finansów?

Żeby zmienić akcenty prawa autorskiego nie trzeba wiele. Trzeba chcieć i wiedzieć, czego się chce.