Historia ACTA/SOPA pokazała, że nasza cywilizacja czeka na wielki wynalazek. Wynalazek, który pogodzi interesy tych, co chcą sprzedać jak największą liczbę egzemplarzy z interesami tych, co już nabyli, a chcą się pochwalić i podzielić. Obecnie te dwa żywioły walczą w sądach, na ulicach i w parlamentach, ale gdyby udało się zrobić ich fuzję, to powstałoby coś gigantycznego.

Interesy "właścicieli własności intelektualnej" są oczywiste: wymyślili coś nowego i zagwarantowali sobie prawnie, że każdy kto stworzy coś podobnego będzie uznany za przestępcę. Walczą z "kopiowaniem" i "podróbkami", bo chcą zarobić jak najwięcej na sprzedawaniu "oryginałów".

Gdyby jeszcze sami stworzyli... to jako płodni autorzy byliby o tyle bezpieczni, że mogliby zawsze stworzyć jeszcze coś nowego i jeszcze coś nowego.... Ale jeżeli sami nie stworzyli, ale kupili od twórcy jego prawa, to są w sytuacji beznadziejnej, przyparci do muru: żeby stworzyć nowe dzieło będą musieli znowu wydać pieniądze. W dodatku tacy "dealerzy praw autorskich" (którzy kupują je od twórców i sprzedają odbiorcom prawo do korzystania) to zwykle bezpłodni prawnicy i księgowi, którzy pozbawieni praw musieliby szukać domu pod mostem, bo na czym innym się nie znają... Trzeba ich zrozumieć...

Interes odbiorców wcale nie jest sprzeczny z interesem twórców. Jest zupełnie inny. Ba! Jest to interes bardzo pierwotny, instyktowny. Dla mojej 5-letniej córki sukienka lub zabawka jest bezwartościowa, jeżeli nie można jej zanieść do przedszkola i pokazać koleżankom. Ulice są pełne doroslych facetów  w terenowych samochodach, które kosztują fortunę (i wieloletnie kredyty), a nigdy nie wyjechały w teren i używane są do tego, do czego taniej i wygodniej byłoby wynająć taksówkę.

* * *

Już raz udało się połączyć te dwie siły, wymyślając "markę" ("brand", "logo"). Gdy dziś "producenci" protestują przeciw "podróbkom", to nie chodzi o to, że jeansy Calvina Kleina są lepsze od jeansów robionych w tej samej chińskiej fabryce, ale bez metki. Nie; oni protestują przeciw zupełnie czemu innemu: przeciw temu, że ludzie zaspokajają swoją potrzebę dzielenia się (obnoszenia, popisywania się, chwalenia - zwij to jak chcesz), a nie płacą tym, którzy sprawili że dany produkt jest wart tego, by się nim dzielić (chwalić, popisywać itd.).

[Na marginesie: korporacje muszą walczyć ze zjawiskiem pracy zdalnej; człowiek, który pracuje w domu a nie chodzi do pracy, wydaje dużo mniej pieniędzy, bo te same potrzeby zaspokaja dużo taniej; to godzi w interesy wielu producentów]

* * *

Z rzeczami niematerialnymi (tekstami, filmami, muzyką, programami komputerowymi) jest problem. Kto go rozwiąże, zasługuje na Nagrodę Nobla z ekonomii. A może zrobi na tym wielki biznes.

Problem polega na tym, że nie wymyślono dobrej metody na dzielenie się (chwalenie, obnoszenie - zwij to jak chcesz) tymi "nabytkami". Czegoś równie prostego i bezpiecznego jak metka na spodniach czy znaczek na masce samochodu.

Jeśli kupię książkę papierową, to mogę ja pokazać gościom lub kolegom. Przekartkują i może też kupią. Płytę winylową można było pożyczyć koledze do posłuchania lub odtwarzać na domowej imprezie i nikt się o to nie boczył. Ale jak tu się dzielić treścią e-booka, który mam w moim czytniku, programem komputerowym (np. grą), filmem oglądanym w streamingu?

We wszystkich tych przypadkach mam problem: łatwiej jest dać komuś całość (nawet gdy to nielegalne) niż podzielić się w sposób legalny. A jeżeli nawet da się podzielić czymś legalnie (np. cytat z Kindle można wrzucić na Facebooka), to jest to jakieś takie niewygodne, niezręczne...

Nie wymyśliliśmy nic dobrego, na razie dopiero eksperymentujemy.

* * *

W moim płatnym serwisie Wielcy.pl też mam taki problem. Chciałbym (jako wydawca i autor), by wszyscy wiedzieli, jaki jest wspaniały i że warto zapłacić 49 zł rocznie za abonament. Ale skąd ludzie mają to wiedzieć, skoro za wstęp trzeba zapłacić? Jak ludzie mogą pokazać innym, co znaleźli, jeżeli ci inni nie zapłacili? A wreszcie jak ja - jako autor - mogę pokazać ludziom, jakie to ciekawe?

Ja udostępniam dzieło moim odbiorcom, a moi odbiorcy udostępniają je swoim znajomym. To ten sam mechanizm i warto go rozwiązać tak samo.

Próbowałem na wiele sposobów. Najbardziej oczywisty to zbudować stronę w Internecie z ofertą, opisać jaki to wspaniały produkt i czekać. Ale ten sposób działa najgorzej. Pojawianie się w telewizji i udzielanie wywiadów prasowych też daje efekty kiepskie. Reklama na Google działa słabo, bo trafia ona do ludzi, którzy wiedzą, czego szukają - a w moim przypadku jest odwrotnie: to produkt nowatorski i ludzie nie wiedzą, że go mogą potrzebować.

Działają natomiast metody zupełnie inne.

1. W dawnych czasach (7 lat temu) wprowadzając "Wielką Genealogię Minakowskiego" na rynek (wtedy jeszcze na CD) wysłałem po prostu płyty do wszystkich, którzy wcześniej kupili wydany przeze mnie "Herbarz polski" Adama Bonieckiego. Wysłałem je z listem, w którym pisałem, że jeżeli nie są zainteresowani, to niech wrzucą to do skrzynki pocztowej (na mój koszt). A jeżeli im się podoba, to niech zapłacą 60 zł. Bardzo wielu zapłaciło. Niestety, nic nie stało na przeszkodzie, by potem kopiowali te płyty i udostępniali dalej (już bez płacenia).

2. Drugie podejściem, które również działa, jest zbudowanie darmowej wersji serwisu (jest pod adresem www.sejm-wielki.pl), który daje podobną funkcjonalność, ale zawiera ok. 30% zawartości wersji pełnej. To pokazało moje możliwości, ale nadal nie dawało dobrego powodu, by kupić abonament całości. Ludzie wiedzieli, że część darmowa jest ciekawa (wchodzi tam miesięcznie ok. 70 tys. osób), ale części płatnej niestety nie widzieli.

To dało mi dużo, ale najważniejsze, że pozwoliło to na kolejny etap:

3. Przebudowałem mój serwis w ten sposób, by po wejściu na stronę płatną (tj. wymagającą opłacenia abonamentu) z Facebooka lub Google'a widać było jak najwięcej informacji, ale żeby nie dało się z niej przechodzić do stron kolejnych. Wymagało to głębokiej przebudowy całego serwisu, bo o ile wcześniej miałem dwa serwisy osobne, duży i mały, to teraz musiałem całą treść włożyć do serwisu darmowego, a o tym, kto ile może zobaczyć, serwis decyduje za każdym razem na podstawie tego, czy abonament jest ważny. Obecnie ktoś, kto wykupił abonament widzi cały serwis www.sejm-wielki.pl tak, jakby był on w całości dostępny, a osoba bez abonamentu wchodząc na daną stronę dostanie na niej podstawową treść, ale bez możliwości nawigacji. Dla przykładu genealogia Mikołaja Kopernika wygląda tak: http://www.sejm-wielki.pl/b/psb.203.6, a Adama Mickiewicza tak: http://www.sejm-wielki.pl/b/6.563.56 .

4. na podstawie treści zawartych w serwisie przygotowałem książkę papierową. Przy okazji ludzie zobaczyli, że nawet część mojego serwisu wydrukowana w postaci tradycyjnej książki to ok. 35 tomów po 1000 stron każdy i coś, co wyglądało niewinnie okazało się wielką bazą wiedzy. Dla mnie prywatnie ważniejsze jest, że sprzedaż książek pozwala mi gromadzić fundusze na prowadzenie tego serwisu i pozwala mi utrzymać z tego rodzinę (dzięki czemu nie muszę brać innych obowiązków).

* * *

To jednak wszystko są eksperymenty, to jest okres pionierski. Każdy wydawca na własną rękę próbuje coś zdziałać. Każdy to robi inaczej. Ciekawe są eksperymenty wydawcy "Rzeczpospolitej", która bieżące artykuły zasłania okienkiem "zapłać proszę", które jednak znika po chwili i pozwala zapoznać się z tekstem, który przed chwilą polecił mi jakiś znajomy. Inni (New York Times) rozpoznają źródlo i użytkownikowi przychodzącemu z Google lub Facebooka pozwalają przeczytać miesięcznie kilka artykułów za darmo mimo tego, że dostępne są tylko dla prenumeratorów. Ciekawy jest wreszcie pomysł Apple'a (App Store) i Amazon.com (Kindle Direct Publishing).

Ten okres pionierski się skończy. Wcześniej czy później ktoś stworzy system do tego, by przyjemnie dzielić się treściami i dać zarobić autorom. To jest bardzo nieekonomiczne, że autorzy muszą się zajmować wymyślaniem modeli biznesowych.  Niech to ktoś wreszcie zrobi raz, a dobrze!

Zasłuży wtedy na nobla i na zgodną wdzięczność twrórców i odbiorców. I nienawiść prawników specjalizujących się w prawie autorskim, którzy nie będą już potrzebni, bo problem się sam rozwiąże: jeśli ktoś nie zapłaci za dany utwór, to będzie znaczyło, że autor na zapłatę nie zasłużył.